Patriotyzm konsumencki

W dzisiejszych czasach każdy musi kupować. Walka o klienta to podstawa gospodarki rynkowej. Mówi się, że kapitał nie ma narodowości, ale jest to bzdura. Najbogatsze kraje świata to te, na których terenie ulokowane są centrale dużych firm – Stany Zjednoczone, Niemcy, Japonia (ostatnio także Chiny, dzięki wykupywaniu znanych marek). Duże korporacje nastawione są na zysk i minimalizację kosztów produkcji, a zysk transferowany jest do centrali (gdzie jest opodatkowany, z korzyścią dla budżetu tego państwa). Największymi patriotami konsumenckimi zawsze byli Niemcy i dlatego są taką potęgą gospodarczą. Niemiec zawsze będzie patrzył na to, czy dany produkt jest niemiecki (shöne), czy też nie (scheiße). Gdy Amerykanie z General Motors wykupili firmę motoryzacyjną Opel – Niemcy momentalnie przestali kupować te samochody. Gdy polski Orlen postanowił otworzyć stacje benzynowe w Niemczech – po jakimś czasie musiał zmienić nazwę na „Star”, aby Niemcy nie wiedzieli, że to polski kapitał (do dzisiaj stacje Orlenu w Niemczech są, delikatnie mówiąc – mało zyskowne). Polacy niestety nie są patriotami konsumenckimi, choć na szczęście zaczęło się to powoli zmieniać. W czasach PRL polskie produkty z powodu komunistycznego zacofania technologicznego były dużo gorszej jakości, niż te zachodnie. Lata 90-te to intensywne przekonywanie Polaków, że są mordercami z Jedwabnego, szmalcownikami, bumelantami, przygłupami i nie nadają się do niczego więcej, niż pracowanie na taśmie u Niemca. To spowodowało, że Polacy podczas zakupów preferowali produkty zagraniczne. Na szczęście, ostatnio zaczęło się to zmieniać. Młode pokolenie Polaków nabrało poglądów patriotycznych, a nasi przedsiębiorcy ciężką pracą udowodnili, że ich produkty nie są gorszej jakości, niż te zachodnie. Według mnie – moda na patriotyzm powinna wyrażać się głównie w sklepach. Koszulki z Żołnierzami Niezłomnymi podobają mi się, ale one nas nie wykarmią. Musimy dbać o to, by nasze firmy rozwijały się, dawały pracę, płaciły tutaj podatki. Niestety, dosyć specyficzny pogląd na patriotyzm konsumencki ma Unia Europejska. Według Brukseli – kapitał nie ma narodowości, a europejski rynek to monolit. W praktyce jednak faworyzowane są firmy najsilniejszych państw, czyli niemieckie oraz francuskie (np. miliard dolarów preferencyjnego kredytu dla niemieckich sieci Lidl i Kaufland z EBOiR, co poskutkowało „wykoszeniem” resztek konkurencji we wschodniej Europie). Na szczęście – Unia Europejska w obecnym kształcie długo nie pociągnie i albo się zreformuje, albo rozleci.

Największym problemem polskiego patriotyzmu konsumenckiego jest to, że w wielu branżach po prostu nie ma wyboru i trzeba kupić towar zagraniczny. Od czasów upadku PRL nie kupimy polskiego samochodu czy polskiej elektroniki (niektórzy twierdzą, że Optimus Romana Kluski był supernowoczesną firmą z branży IT, ale prawda jest taka, że była to zwykła montownia podzespołów azjatyckich, której główną siła napędową było ominięcie płacenia cła na elektronikę „skręconą”).

Kuleje też polski handel, więc siłą rzeczy musimy robić zakupy w sieciach zagranicznych. Niedaleko mnie, na jednej krótkiej ulicy, w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie była Biedronka, Polomarket i Aldi (w odległości 500 metrów dodatkowo Lidl i Carrefour). Jeden z tych sklepów w zeszłym tygodniu splajtował i był to oczywiście Polomarket… Marzy mi się duża polska sieć handlowa, fajnie byłoby, gdyby rząd lub jakiś polski oligarcha wykupił Biedronkę, ale chyba nie ma na to szans. Niby można wspierać polski handel, kupując w małych, osiedlowych sklepikach, ale nie każdego stać na pęczek rzodkiewki za 3,50zł…

Niektórych polskich rzeczy siłą rzeczy nie możemy kupić, bo ich po prostu nie ma. Nic z tym nie zrobimy, pozostaje nam więc kupowanie tego, co jest. Największy wybór jest w żywności oraz materiałach budowlanych – tutaj Polska jest prawdziwą potęgą, także eksportową. Ja staram się kupować tylko polskie jedzenie, tym bardziej, że jest ono po prostu zdrowsze. Od wielu lat nie kupiłem Coca-coli, bo jest to po prostu syf, w dodatku drogi. Gdy mam ochotę na wodę z cukrem, to wolę kupić jakiś „sok” firmy Maspex. Podobnie jest z nabiałem. Wolę kupić „chamski” twaróg z jakiegoś OSM Nowy Tomyśl (z 18 gramami białka), niż 2 razy droższą, słodzoną masę firm Danone czy Zott (z 3 gramami białka). Jeżeli ktoś ma jednak nieodpartą pokusę na słodzony nabiał, to niech kupi coś firmy Bakoma.

Z ogłaszaniem bojkotu należy jednak uważać, aby nie skończyło się tak, jak z wylewaniem piwa „Ciechan” przez lewaków (o sprawie pisałem TUTAJ). Miał być bojkot, a skończyło się na tym, że sprzedaż browaru poszybowała w górę, a szef – Marek Jakubiak został (obok Kukiza i Liroya) jedną z trzech najważniejszych twarzy opozycji (awanturników i targowicy nie zaliczam do miana opozycji). Ja sam, jako totalny abstynent – łaziłem wówczas przez pół dnia po sklepach „od Annasza do Kajfasza”, w celu symbolicznego zakupienia trudno dostępnego napoju bezalkoholowego „Krzepiak” (tylko dlatego, że produkuje je browar Ciechan). Gdyby nie „bojkot” lewactwa – pewnie nigdy bym tego Krzepiaka nie skosztował (swoją drogą – był całkiem niezły).

Są też pułapki „lingwistyczne”, np. Prince Polo czy Sokołów to nie są polskie marki, mimo swoich typowo polskich nazw (dla odmiany – polską firmą jest Gino Rossi). Jakąś wskazówką odróżniania polskich towarów jest kod kreskowy, zaczynający się od liczby 590. Nie jest to jednak metoda w 100% miarodajna. Gdy ktoś sprowadzi bubel z Chin i w Polsce go przepakuje pod własnym logo – wtedy kod zaczynał się będzie od 590, mimo, że w pudełku znajduje się ewidentna chińszczyzna.

Znalazłem dwie strony, na których znajdziemy listę firm polskich. Pierwsza i druga – polecam każdemu przyswoić sobie te listy i wspierać polskich producentów.

Na osobny akapit zasługuje nasza „ukochana” AGORA S.A. niby jest to firma polska, ale jej „patriotyzm” jest powszechnie znany. Po odejściu od władzy koalicji PO/PSL – jej sytuacja nie jest najlepsza, ale mimo wszystko trzymają się dzielnie (z niewielką pomocą George Sorosa). Wiele osób nie wie, że Agora jest właścicielem bardzo zyskownej sieci kinowej Helios. To właśnie Helios jest podmiotem, który utrzymuje na powierzchni Gazetę Wyborczą. Wielu biznesmenów i oligarchów stosuje tego typu model biznesowy – mają segmenty, które zarabiają, ale mają też „zabawki”, które z założenia są deficytowe (np. kluby piłkarskie czy fundacje charytatywne). Podobnie robi Adam Michnik – kasę zapewniają mu kina Helios, dlatego stać go na kosztowną „zabawkę”, jaką jest Gazeta Wyborcza. Nawet, gdy nakład tej gadzinówki spadnie o 90%, a wszystkie państwowe podmioty przestaną się tam reklamować – ona i tak będzie się ukazywała i demoralizowała Polaków, ponieważ ludzie będą chodzić na filmy do „Heliosa”. Dlatego chciałbym zarządzić ogólnopolski bojkot kin Helios. Jeżeli ktoś ma inną możliwość – niech tam nie idzie (najlepiej wybrać polskie, lokalne małe kino). „Heliosy” ulokowane są głównie w miastach średniej wielkości, więc wiele osób po prostu nie ma innego wyboru. Jeżeli jednak ktoś ma możliwość obejrzenia filmu gdzieś indziej – niech to robi. Ja w „Heliosie” ostatnio byłem ponad 10 lat temu i na pewno nigdy więcej moja noga tam nie postanie.

Następna rzecz to islamski kebab. Jest to bardzo popularne danie w jadłospisach Polaków, niektórzy idąc do Araba na kebab zachowują się tak, jakby nie jedli od tygodnia. Trudno mi to zrozumieć. Jest to jedzenie niezdrowe, tłuste, z mięsem wątpliwej jakości. Głównym atutem biznesowym muzułmańskich kebabów jest darmowa kadra, czyli zmanipulowane polskie nałożnice o niskim ilorazie inteligencji, które tyrają tam za darmo. Sanepid czy inspekcja pracy boją się tam pojawić, żeby nie być posądzonym o rasizm, albo nie dostać kosy w brzuch. Znając podejście muzułmanów do „niewiernych” – często taki kebab zawiera „wkładkę” ze spermy, śpików lub „sera feta spod napleta”. Ci muzułmanie przeważnie uśmiechają się, przez szybę obserwując osoby, które jedzą ich produkty – uśmiechy te są bardzo szczere. Jest takie powiedzenie: „jedząc kebaba – osiedlasz Araba”. Niektórzy powiedzą, że jest prymitywne, ale według mnie – bardzo prawdziwe, o czym mogliśmy się przekonać w sylwestrową noc w Ełku. Ja, gdy mam ochotę zjeść na mieście – preferuję polskie jadłodajnie. Niekiedy zjem nawet kebaba czy coś orientalnego, ale zawsze od Polaków.

Kolejna sprawa to akcje charytatywne. Najlepiej po prostu pojechać do jakiegoś domu dziecka czy hospicjum, wziąć numer konta i przelać im hajs. Wtedy omijamy pośrednika, czyli fundację charytatywną, która niejednokrotnie zatrzymuje dla siebie ponad połowę środków. Mamy też pewność, że pieniądze nie trafią do osób typu George Soros, który coraz sprytniej kamufluje swoje organizacje. Najmniej efektywne jest płacenie na fundacje przez SMS, co niestety w Polsce jest bardzo popularne. Często np. Fundacja TVN pokaże jakiegoś nieuleczalnie chorego dzieciaka z prośbą o wsparcie, a ludzie z litości wysyłają SMSa za 2 złote. Jeżeli mają telefon na kartę (pre-paid) – 23% z tej kwoty od razu leci na konto VAT. Drugie tyle pobiera operator telefoniczny za usługę mikropłatności. Kolejna część trafia na „obsługę” i organizacje „balów charytatywnych”, gdzie różne Miszczaki szczerzą kły do fotoreporterów. Na szarym końcu kolejki jest chory dzieciak z reklamy, który z 2 złotych, skasowanych za SMS dostaje kilka groszy.

O miodach pisałem już TUTAJ.

Mam kumpla w czeskiej Pradze i on tam kupuje zawsze polskie wyroby (w miarę możliwości). 3/4 jego kosmetyków jest firmy Ziaja, nie mówiąc o kupowanej żywności (polskie jadło jest tak popularne w czeskich sklepach, że zaczyna to być czeski problem narodowy). Każdy, kto jedzie z Polski go odwiedzić – musi się przygotować na to, że będzie musiał mu dostarczyć pokaźnych gabarytów torbę z polskimi produktami, których nie da się kupić w Czechach. Takich ludzi nam potrzeba!

Skrajnym przypadkiem nieodpowiedzialnych zachowań konsumenckich jest wspieranie firm nie dość, że zagranicznych, to jeszcze lewackich. Taką jest np. amerykańska firma Kellogs (powiązana z Sorosem, Hilary Clinton i Black Lives Matter), produkująca suche przekąski, np. płatki śniadaniowe czy chipsy Pringles (w Polsce dodatkowo Kellogs omija płacenie podatków, lokując swoje zakłady w Specjalnych Strefach Ekonomicznych, przy czym oferują swym pracownikom głodowe stawki). Inną lewacką firmą jest Starbucks – symbol lewackiej hipsterki. Ostatnio, w ramach protestu przeciwko polityce Donalda Trumpa – zapowiedzieli zatrudnienie 10.000 „uchodźców” z krajów muzułmańskich.


Dwa piękne Sorosze – nic tylko klikać

Na koniec jeszcze jedna, dość perfidna sprawa, którą roboczo nazwałem „antybojkotem” 🙂 Lewactwo jest na tyle obciachowe i odgórne, że musi się reklamować za grube pieniądze, aby złapać jelenia. Robi to głównie poprzez wykup bannerów, wyników w wyszukiwarce google i kampanii sponsorowanych na pejsbuku (rozliczane są one w systemie PPC – Pay Per Click, czyli reklamodawcy płacą za każde kliknięcie). Ja dosyć często klikam w te reklamy – tylko dlatego, żeby lewacy pozbyli się hajsu (stawki wahają się od kilkudziesięciu groszy do nawet kilku złotych). Chciałbym, żeby stało się to popularne wśród polskich internautów o poglądach prawicowych. Jeżeli widzisz reklamę lewacką – klikaj w nią, a osłabisz wroga finansowo! Najlepszy efekt przynosi kliknięcie i przeskoczenie kilku podstron, w celu wywołania sztucznej interakcji (wtedy reklamodawca więcej zapłaci, ponieważ odbiorca „zainteresował” się treścią). Oczywiście kliknięcie sto razy w tą samą reklamę krótkim czasie nic nie da, ale raz na jakiś czas warto. Ja zawsze, gdy widzę reklamę Sorosa czy innych lewaków – klikam w nią. Przyjemne z pożytecznym, poprawia humor.

Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba weźmie sobie do serca ten tekst, bo jeśli Polacy nie będą wspierać rodzinnych firm, to na zawsze pozostaną dziadami i niemieckimi parobkami.

PS: Spróbuję wkrótce wprowadzić na stronie certyfikat SSL, bo niektóre przeglądarki się srają, że strona „nie jest bezpieczna” – mimo, że nie ma tu nawet możliwości logowania.

RacimiR, 12.02.2017

16 myśli nt. „Patriotyzm konsumencki

  1. Są aplikacje na smartfona np. Polskie Marki 2.0 gdzie można łatwo sprawdzić które produkty są polskie, czy w danej marce jest polski kapitał i czy daje miejsca pracy w Polsce. Można zrobić listę zakupów na tej aplikacji wybierając tylko polskie produkty dzięki czemu łatwiej jest znaleźć nasze produkty w sklepie podczas zakupów.

  2. Dobry artykul jak zawsze.
    Zarcie to kupuje na targowisku, przynajmjiej wiem ze daje zarobic polakowi.

    Przydaloby sie w kazdej placowce handlowej zrobic stoisko – towary tylko polskiej produkcji – (dla towarow 50% wartosci przynajmniej), dodatkowo taka informacja na paragonie dla kazdego towaru.
    Niestety mam swiadomosc ze w dzisiejszych czasach w polsce to utopia – za takie cos unia by nam dowalila kilka miliardow kary rocznie, a powod nieistotny.
    Jesli unia twierdzi ze kapital nie ma narodowosci (i w poprzednim artykule pisales ze trzyma sie z dala od lichwy) to ja jestem w 100% przekonany ze cala ta unia jest na uslugach zydoFinansjery!
    Zydki nie chcialy uzerac sie z kazdym krajem z osobna to stworzyły taka wlasnie unie aby hurtowo wszystkie kraje w europie oplesc finansowo a na dodatek zadluzyc i kreowac pusty pieniadz.

    Nie wspominales o japonii – to jest najwiekszy kraj z lokalnym patriotyzmem konsumenckim wlasnie – oprocz surowcow naturalnych jak ropa i rudy, oraz zywnosc nic do japonii nie wcisniesz bo typowy japonczyk nie kupi, nawet przed chinszczyzna bronia sie jak moga.

    od RacimiR: Wymieniłem Japonię na początku. Oni są mentalnie dosyć podobni do Niemców, ponoć Mein Kampf świetnie się tam sprzedaje 🙂

  3. Stanowimy jedną europejską rodzinę, wszyscy jesteśmy braćmi, Europa pomaga nam bezinteresownie, a Racimir to chyba faszysta….. 😀 😀

    od RacimiR: Kupowanie polskich produktów to obciach, cebula, sandały w skarpetach, bicie żony i puszka piwa w reklamówce z Biedronki 🙂 Lepiej kupić solidne niemieckie, albo modne i stylowe francuskie.

  4. I ja od niedawna staram się kupowac w naszych sklepach i na targu. Nawet prawdziwe mleko od krowy można kupić na targu ,a przekonałam się do tego za sprawą koleżanki która była kierowniczką sklepu typowo niemieckiej sieci kik .Mówiła ona że utargi w tym sklepie dzienne były 13-15 tyś zł nawet 17 tyś się zdarzało.Sklep czynny 7 dni w tygodniu ,zatrudnione 4 os. – nie było czasu zjeść .odeszła po 4 mc( chudsza o 6 kg ) żeby nie zwariować .To tylko jeden z całej sieci sklep – niewyobrażalna dla mnie to skala jak nas obcy kapitał doi i wykorzystuje. Strach pomyśleć jakie utargi ma taki lidl czy biedronka.Kolejna ciekawa sprawa to w Lidlu maliny 125 gr za 6,99 (policzyłam dokładnie 15 szt malinek w opakowaniu) kraj pochodzenia Belgia w czasie kiedy u nas był sezon w pełni malinowy a cena na skupie ok 3,50-5 zł /kg w tym roku (wiem bo rodzice maja) a jeszcze lepiej bo mój syn właśnie w Belgi był na zbiorze malin i tam był przy sprzedaży na skupie za 28 euro/kg……..Jak dla mnie to kosmos i brak słów a to tylko wierzchołek góry……..przydałaby się wielka medialna akcja uświadamiania ludzi . Pozdrawiam i dzięki za dobre teksty

  5. Tymczasem IPN w kompletnej medialnej ciszy, zacząć działać w kwestii sprowadzenia Srefcia Michnika. Albowiem Stefcio ma troszkę za uszkami

    od RacimiR: Działanie pod publiczkę, Szwecja go nie wyda. Musiałby go porwać wywiad, jak Eichmanna.

  6. ” Wolę kupić „chamski” twaróg z jakiegoś OSM Nowy Tomyśl” ja też wolę taki twaróg bo jest najmniej przetworzony, zdrowy, i nasz POLSKI. Kupujmy też w małych rodzinnych firmach lokalnych gdzie żywność jest jakościowo lepsza. Kiedyś oglądałem dokument „Made in France” Benjamina Carle skłania do refleksji.

  7. Niedawno Ursus był zmuszony sprzedawać swoje traktory w Niemczech jako używane z zerowym przebiegiem, bo jakiś niemiecki urzędas nie chciał dać jakiejś pieczątki, mimo wolnego rynku wewnątrz UE. Dopiero interwencja na najwyższym szczeblu ze strony polskich władz poskutkowała.
    Tak samo jest i w innych krajach, że robią co mogą, żeby wspomóc swoich przedsiębiorców, a utrudnić zagranicznej konkurencji działania na własnym rynku.

    Jak w 90-tych latach biedna, rolnicza Mołdawia chciała eksportować swoje wina na rynki francuskie i niemieckie, to tamtejsze władze „wykryli” niemal całą tablice Medelejewa. Jak Indie eksportują dużo stali po konkurencyjnych cenach do USA, to tamtejsi urzędnicy nakładają cła „antydumpingowe”. To samo jest z meksykańską żywnością sprowadzaną do Stanów. Przykładów można by długo wymieniać.
    Tylko głupie polaczki i żydzi z pełną premedytacją i za łapówki otworzyli Polskę niemal natychmiast po 89r. na rynki zachodnie, mając nieprzystosowane rolnictwo i przemysł do konkurencji z zagranicznymi wyrobami, często tylko ładniej opakowanymi i mającymi profesjonalną reklamę w telewizji i prasie polskojęzycznej. Skończyło się tym, że Polska jest dzisiaj półkolonią zachodu.

  8. RacimiR – 100 na 100!
    Kolejny artykuł spod mojego serca! Myślałem nawet żeby Ci ten temat podrzucić bo ostatnie wydarzenia w mojej okolicy dały mi do myślenia właśnie w tej sprawie! Otóż w mojej okolicy nie ma żadnego większego marketu oprócz Biedronki oddalonej o jakieś 300 metrów! Do niedawna w odległości 100 metrów od mojego domu prosperowały 2 sklepy warzywniczo – spożywcze. Pierwszy reklamował się jako „zdrowa żywność” ale tak na prawdę były głównie „normalne” produkty. Sklep prowadziło małżeństwo (około 35 lat), mili, bardzo sympatyczni i uczynni! Atmosfera powiedziałbym domowa! Ale niestety z tygodnia na tydzień miny się właścicielom wydłużały i jakieś 10 miesięcy temu sklep zamknęli! Straszy teraz pusta witryna a lokal do wynajęcia – czeka beznadziejnie bo nie sądzę żeby się kolejny optymista znalazł! Ale nie dalej jak 3 miesiące temu zamknięto kolejny sklep na tej samej ulicy który działał od wielu lat – znowu właściciele wszystkich w okolicy znali, świeże pieczywo było nawet w soboty i niedziele, miło, sympatycznie i bardzo swojsko! Ale niestety znowu plajta! I tym sposobem nie ma właściwie żadnej alternatywy dla lokalnej Biedronki w której kolejki makabryczne a nasi rodzimi handlowcy na bruku!
    Olałbym już dawno Biedronkę ale niestety w pozostałych jeszcze przy życiu sklepach ceny są makabryczne i mimo, że chętnie bym kupował „u naszych” to niestety nie stać mnie na aż takie przepłacanie!
    ciekawe jak długo te „nasze” sklepy jeszcze pociągną!
    A kupowanie naszych rodzimych produktów stosuję od dawna niestety coraz trudniej zorientować się co nasze a co już tylko wygląda i nazywa się tak jak kiedyś produkowane przez polskie firmy a okazuje się, ze to już dawno wykupione przez zachodnie koncerny!

    od RacimiR: Ja mieszkam w takim miejscu, że jakbym cyrklem zatoczył koło o promieniu 2km, to wewnątrz wyszłoby zagęszczenie z 25.000 ludzi/km2, istne getto mieszkalne, więc siłą rzeczy sklepów jest mnóstwo. Jednakże też chodzę głównie do Biedry, bo na te polskie sklepy mnie po prostu nie stać (zresztą polskie to albo zieleniaki, albo monopolowe). Biedronka ma swoich uzależnionych dostawców, których ostro ciśnie na zmniejszenie kosztów, więc może pozwolić sobie na niskie ceny. Boli mnie to, więc robię co mogę, czyli kupuję w Biedronce, zawsze sprawdzając czy dany produkt jest polski.

    • rzucając choć odrobinę optymizmu – podobnież to własnie Biedronka ze wszystkich dyskontów (i chyba nawet sieciówek) płaci największe kwotowo podatki.

  9. Patriotami konsumenckimi są też Holendrzy mimo zlewaczenia, bo tankują swe audice najczęściej na Shellu (największym koncernie świata), perfumują się najczęściej Axem, Rexoną lub Dovem (wszystkie są z holenderskiego Unilevera), jedzą najczęściej zupy Knorra, oglądają Verstappena najczęściej na Philipsie, mają konta najczęściej w ING i piją najczęściej Heinekena. Dlatego jesteśmy dla Holendrów plebsem, popychadłem i parobkami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *