Multikulturalny Londyn

canary_wharfJestem świeżo po dłuższej wizycie w Londynie i chciałbym pokrótce opisać swoje przeżycia. Dla kilkuset tysięcy Polaków, którzy tam mieszkają nie będzie to nic odkrywczego. Cel wizyty był turystyczno-obserwacyjny. Ktoś mądry kiedyś słusznie zauważył, że „największe światowe imperia zawsze upadają od wewnątrz”. Tak było z Babilonem, Starożytnym Rzymem i jego wschodnim sukcesorem – Imperium Bizantyjskim. Tak było z Mongolią Dżyngis-Chana i Złotą Ordą. Ten sam los spotkał Imperium Brytyjskie, czyli jeszcze niecałe 100 lat temu największe państwo, istniejące kiedykolwiek na kuli ziemskiej.

Obecnie – nie dość, że z zamorskich terytoriów Imperium Brytyjskiego nie zostało praktycznie nic (prócz wysepek, gdzie kamieni kupa, bez chuja i dupy), to jeszcze ostatnie (rdzenne) tereny zżerane są od środka, a niebawem zmieni się hymn na „God save the Muhammad”. Kilka miesięcy temu – w wyniku referendum o mały włos nie odłączyła się Szkocja. Z wielkiego Imperium pozostała więc praktycznie tylko Anglia, która zdominowana jest (finansowo, demograficznie i politycznie) przez swoją stolicę – Londyn. A ten biedny Londyn coraz mniej przypomina miasto brytyjskie, a coraz bardziej afrykańsko-azjatyckie. Angielska flegmatyczność, dżentelmeni w melonikach, czy angielski humor powoli odchodzą do lamusa, ustępując miejsca obyczajom bardziej „ekspansywnym”. Londyn powoli zaczyna mieć coraz mniej wspólnego ze swoimi korzeniami. Samych rodowitych Brytyjczyków jest tam obecnie mniej niż połowa populacji, a tendencje demograficzne szybko to zjawisko pogłębiają.

W Londynie postawiono na zjawisko multikulti, czyli próbę integracji rasowej. Stąd (w przeciwieństwie np. do Francji czy Szwecji) nie ma tam getto-dzielnic, opanowanych w całości przez jedną rasę. Zamiast tego mamy tygiel kulturowy niemal w każdej dzielnicy. Oczywiście istnieje podział na „biedne” południe i bogatą północ (granicą jest Tamiza), ale tu też nie ma ścisłej reguły (np. trzymające poziom Greenwich i obyczajowa zgroza w Camden Town).

maczeta_londynSamo londyńskie multikulti sprawdza się (mimo wszystko) całkiem nieźle. Ani razu nie odczułem najmniejszego przejawu wrogości ze strony przedstawiciela innej rasy (gdybym szwendał się po nocach po peryferyjnych dzielnicach to pewnie byłoby inaczej). Ludzie z całego świata koegzystują w zgodzie i uśmiechu. Mam jednak podejrzenia, że to efekt dwóch czynników – wszechobecnego monitoringu/inwigilacji oraz właśnie tego multikulti (czyli braku własnych terenów-gett, gdzie ktokolwiek czułby się gospodarzem). Z czasem, dzięki procesom demograficznym, przedstawiciele „nieeuropejskich” ras będą w Londynie czuli się coraz pewniej, o czym mogą świadczyć nasilające się incydenty typu „sharia patrol” czy ten przyjemniaczek ze zdjęcia obok, który maczetą obciął w biały dzień głowę angielskiemu żołnierzowi. Londyńczycy mają więc jeszcze kilka lat spokoju, ale jak to w końcu pierdyknie, to z dnia na dzień zacznie się piekło absolutne, bez żadnych procesów przejściowych i vacatio legis. Mam oczywiście świadomość, że mniejsze angielskie miasta, a zwłaszcza wieś – nie wyglądają aż tak kolorowo (w sensie stricte), lecz trendy są podobne, tylko opóźnione w czasie. Zresztą siła oddziaływania Londynu jest tak wielka, że Wielka Brytania bez niego sobie po prostu nie poradzi.

Kto jest winien tej sytuacji? Według mnie to wypadkowa 3 czynników:

  1. Przeszłość kolonialna – Imperium Brytyjskie 100 lat temu obejmowało praktycznie każdy zakątek świata. Tereny zdobywano metodą „klasyczną”. Przypływała brytyjska flota wojenna i dzięki przewadze technologicznej było „po zawodach” w ciągu kilku chwil, a miejscowa ludność (dla własnego dobra) kapitulowała i poddawała się brytyjskiej koronie. W dzisiejszych czasach „nieeuropejscy” imigranci w Londynie, pochodzący z tychże podbitych krajów – mają świetny argument, by czuć się jak u siebie w domu. Argument ten brzmi „trzeba było nie podbijać mojej ojcowizny” i trudno się z nim nie zgodzić.
  2. Atak Marksizmu – Brytyjczycy (i cała zachodnia Europa) nigdy nie wpadli w łapy międzynarodówki komunistycznej, więc po prostu uważają że ona jest całkiem fajna i modna. Marksizm i „antyfaszyzm” ma dużą tradycję kulturową w Wielkiej Brytanii, wystarczy choćby spojrzeć na Woodstock’69, gdzie większość wykonawców urodziła się na Wyspach. Światowy hymn lewaków to „Imagine”, dumy każdego anglika – Johna Lennona. Dlatego społeczeństwo jest bardzo liberalne. Marksizm kulturowy w Londynie to chleb codzienny, a liczne organizacje „antyfaszystowskie” uzyskują potężne dotacje państwowe. Na Piccadilly Circus niemal siłą jakieś lewactwo wcisnęło mi taką broszurkę, wewnątrz której było na przykład coś takiego. Komentarz zbyteczny…
  3. Lenistwo Brytyjczyków – „rodowici” Brytyjczycy niestety obrośli w piórka i nie mają najmniejszej ochoty wykonywać prostych, słabo płatnych (jak na UK, bo w Polsce tygodniówka £300 to fortuna) prac. Dlatego rząd nie miał innego wyjścia jak przyjmowanie setek tysięcy imigrantów, którzy wykonywaliby te prace. Efekt jest taki, że całe branże opanowane są niemal w całości przez osoby o „nieeuropejskich rysach twarzy”. Mam na myśli np. kierowców autobusów, sprzątanie, drobny handel czy gastronomię (na 99% londyńskich obiektów typu fast-food widnieje etykieta, że sprzedawana żywność jest halal).
Ekspozycja w londyńskim markecie Sainsbury's

Ekspozycja w londyńskim supermarkecie Sainsbury’s

Sami Brytyjczycy oficjalnie uważają że jest super. Dalej tkwią w nieświadomości i udają, że nadal są światowym imperium, władającym całym globem. Gdy jednak porozmawiać z którymś dłużej, zwłaszcza gdy popija on alkohol – wychodzi szydło z worka. Odbyłem dłuższą rozmowę ze starszym Anglikiem z Hampstead, na początku twierdził, że Londyn się rozwija i wszystko idzie w jak najlepszym kierunku. Pod koniec rozmowy, gdy pozyskałem jego zaufanie – nie był już takim optymistą. Powiedział, że przerażają go zmiany rasowo-kulturowe w mieście, gdzie jego rodzina mieszka od wielu pokoleń. Czuł się bezradny – wiedział, że jest źle, ale nie potrafił znaleźć na to recepty. Jedyne co mu przyszło do głowy to wyjście GB z Unii Europejskiej, która blokuje radykalizację prawa imigracyjnego. Nastroje antyunijne na Wyspach nasilają się i być może niedługo odbędzie się w tej kwestii krajowe referendum. Nawet gdyby to coś dało – jest to o 2 dekady za późno, bo drugie i trzecie pokolenie „nieeuropejskich” imigrantów ma już brytyjskie obywatelstwa i paszporty, a przyrost naturalny tej grupy jest ogromny…


Obserwacja w galerii

fot: wikipedia

fot: wikipedia

Pewnego dnia wybrałem się do National Gallery, czyli bodajże najsłynniejszej galerii malarskiej świata („Słoneczniki” Van Gogha i podobne sprawy). Znajduje się ona przy Trafalgar Square, gdzie (jak zresztą w całym mieście) roi się od Afrykańczyków. Przez 300 metrów (od stacji Charing Cross do wejścia do galerii) zaczepiło mnie trzech ciemnoskórych naciągaczy, sprzedających jakieś buble i plecących słabej jakości opaski na przedramię. W samej galerii spędziłem około trzech godzin, były w niej ogromne tłumy ludzi, że ciężko było się przepchnąć do kolejnej sali. Przez cały ten czas… nie widziałem tam ani jednego murzyna (nie licząc obsługi – ochroniarzy i kustoszy, którzy znaleźli się na swoich stanowiskach prawdopodobnie dzięki parytetom rasowym). Wśród gości galerii – czarnoskórych osób nie stwierdzono. Jeżeli ktoś jest z Londynu to sam może to sprawdzić – wstęp jest darmowy. Wystarczy zresztą wpisać w wyszukiwarkę grafiki w googlu „national gallery london” i poszukać na licznych zdjęciach jakichkolwiek murzynów. Zadanie bardzo ciężkie. Środowiska „tolerancyjne” w kółko próbują przekonywać, że psychika nie posiada rasy i wszyscy ludzie są mentalnie tacy sami. Niech mi więc jeden z drugim odpowie – dlaczego nie ma murzynów w galerii malarstwa w mieście, na którego ulicach jest tych murzynów mnóstwo? Nie potrafię tego zrozumieć, widocznie jestem zbyt głupi. To samo zresztą jest w galeriach w Paryżu.


Stosunek państwa do obywatela

fot: se.pl

fot: se.pl

Ostatni akapit nie ma już nic wspólnego z tematem głównym, a piszę go niejako „przy okazji”. Otóż strasznie razi mnie w oczy różnica w podejściu aparatu państwowego do obywatela w Anglii i w Polsce. W Londynie można legalnie przejść przez ulicę na czerwonym świetle i nic za to nie grozi (ewentualnie potrącenie przez samochód na własną odpowiedzialność). W Polsce z kolei dostałem kiedyś mandat za przejście przez ulicę o godzinie 2:30 w nocy (!). Mandat wypisywano mi przez 15 minut i w tym czasie ulicą nie przejechał ani jeden samochód. W Londynie nie ma fotoradarów, ani jakiś bzdurnych ograniczeń prędkości. W Polsce odwrotnie – na gładkiej jak stół dwupasmówce nierzadko jest ograniczenie do 40km/h, a w krzakach za rogiem policjant z suszarką. Oczywiście w Polsce władza tłumaczy, że to wszystko dla dobra obywatela. W Londynie nie widziałem ani jednej psiej kupy, w Polsce wiadomo – pole minowe. Warszawskie metro w porównaniu z londyńskim to jakiś ponury żart. W Londynie byłem odwiedzić Canary Wharf – dzielnica najwyższych „szklanych domów” w Europie. Powstała ona na skrajnie surowym, podmokłym terenie. Poprzecinana jest estakadami, po których jeżdżą bezobsługowe pociągi DLR, podziemne metro również tam jest. Inżynieryjny majstersztyk. W Polsce z kolei mamy banalne (w porównaniu z Canary Wharf) inwestycje inżynieryjne typu Autostrady A1/A4, Gazoport w Świnoujściu czy Stadion Śląski. Wszystkie w/w miały być gotowe na Euro2012, ich koszty przekraczają już wszelkie limity przyzwoitości (i ciągle rosną), a w dodatku nikt nie potrafi powiedzieć czy i kiedy będą w ogóle skończone… Tak więc, pomimo tego co pisałem na początku – od Brytyjczyków możemy się również bardzo wiele nauczyć.

RacimiR, 13.06.2015

2 myśli nt. „Multikulturalny Londyn

  1. Nice to read you again.
    It seems Thou ( Old Lądek Zdrój) ‘ve had a nice trip.Tak zawsze było w Londynie i to prawdopodobnie pozostało – w wiekszości spotyka się oryginalnych ludzi ale nieszkodliwych…- to jest bardziej związane z folklorem …Hari Krisha i rozmaite broszurki są sprawami marginesowymi …w pulsującym sercu finansowym.Cóż , widocznie Horatio Nelson odstrasza także i Murzynów. Pięknie, że za darmo …ale wiadomo co się dzieje z kulturą…Perykles urządzał bezpłatne widowiska teatralne i skutki w Grecji są widoczne do dziś. – tragedia. Lepiej się do tej pory miewa w Europie economii typu renańskiego …Cheese…..

    od RacimiR: Jak ktoś bardzo chce zapłacić za darmowe atrakcje to nie ma problemu, okazji mnóstwo (aczkolwiek toaleta jednak darmowa). Są też dla odmiany przeraźliwie drogie atrakcje (np. London Eye czy Madame Tussauds) i tam jest stosunkowo sporo ludzi o „nieeuropejskich rysach twarzy”. Lewactwa marksistowskiego mnóstwo, ale w okolicach turystyczno-wieczorowych. W bankierskich City (Bishopsgate) czy Canary Wharf nie widziałem ani jednego ‚wolontariusza’. cheers 🙂

  2. W londyńskich galeriach prawie nie spotyka się murzynów. Chyba, że para – ona biała, on murzyn. Spotkałem raz murzynkę w… muzeum powstania warszawskiego.
    Wśród kobiet, nawet tych różnych ras i narodowości, inteligencja płci żeńskiej nie podlega aż takim skrajnościom co u mężczyzn.
    W Londynie spotykałem murzynki urodzone i wychowane w Anglii, Francji, które tak wrosły w naszą cywilizację europejską, że poza kolorem skóry, nic praktycznie nie różniło murzynek pod względem mentalnym i kulturowym od rodowitych europejskich białych kobiet z Europy zachodniej. Jeżeli chodzi o czarnych facetów, jest znacznie gorzej pod tym względem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *