Matthew Tyrmand z Breitbarta o Polsce

getty

Przyzwyczailiśmy się już wszyscy, że od ostatnich wyborów parlamentarnych zagraniczna (zwłaszcza niemiecka i żydowska) prasa pisze o Polsce albo źle, albo wcale. Prawdopodobnie spowodowane jest to utratą wpływów i wyzwalaniem się kolonii spod jarzma feudała. Jako, że zagraniczni dziennikarze nie interesują się Polską, więc do pisania oszczerczych artykułów wykorzystywani są polskojęzyczni żydzi, lub jurgieltnicy (tzw. medialni szmalcownicy) – przeważnie powiązani z Gazetą Wyborczą, Krytyką Polityczną czy Ringier Axel Springer, jak to wielokrotnie udowadniał portal Żelazna Logika. W gąszczu tych paszkwili – kilka dni temu pojawił się artykuł Matthew Tyrmanda (syn Leopolda Tyrmanda – paradoksalnie polskiego żyda) o odwrotnej retoryce. Tekst szeroko komentowany i udostępniany jest na pejsie i twitterze. Jednakże nie znalazłem nigdzie jego tłumaczenia na nasz piękny język, a uznałem, że osoby nieznające angielskiego mogłyby być zainteresowane. Nie ukrywam, że zgadzam się prawie z całym tekstem pana Tyrmanda. Zapraszam do lektury.


Matthew Tyrmand, 28.03.2016, ŹRÓDŁO – Breitbart London

Nowy polski rząd próbuje zwalczyć korupcję i komunistyczne dziedzictwo. Unia Europejska próbuje w tym przeszkodzić.

breitbart_london

Logo londyńskiego oddziału Breitbart

W ostatnich miesiącach „zachodni” odbiorcy wiadomości z Polski byli karmieni jednostajnym strumieniem jadowitych reportaży, opowiadających o rzekomym faszyzmie, który doświadcza ten kraj w rękach eurosceptycznego rządu, świeżo wybranego w demokratycznych wyborach. Pisałem już wcześniej na tej stronie o tym, jak bardzo jest to niesprawiedliwa (i celowo skrzywiona) narracja. 

Fakty są takie (co martwi europejskich mandarynów z Brukseli), że w ostatnich wyborach po raz pierwszy w nowoczesnej historii Polski większość sejmową zdobyła jedna partia (Prawo i Sprawiedliwość). Obóz ten otrzymał od społeczeństwa bezprecedensowy mandat do zreformowania postkomunistycznych struktur, które stały ponad prawem od ponad dwóch dekad.

Przysłowiową „kroplą, która przepełniła kielich” były wyczyny poprzedniego rządu Platformy Obywatelskiej, kierowanego przez Donalda Tuska (który obecnie jest przewodniczącym Rady Europejskiej). Rząd PO bezdyskusyjnie wykonywał wszystkie rozkazy Unii Brukselskiej (włącznie z kwotowym systemem przyjmowania imigrantów) tak długo, aż ich bezczelna korupcja w kraju została ujawniona.

Aparatczycy z Brukseli są oburzeni, że po raz kolejny demokracja wpłynęła na suwerenność państwa, a wynik wyborów w Polsce jest prztyczkiem w nos dla brukselskiej, niepożądanej polityki, połączonej z przesunięciem ośrodka władzy z państw narodowych do scentralizowanej Unii Europejskiej. Sceptyczny odbiór tych brukselskich machinacji w Europie Środkowej jest rekordowo wysoki, ponieważ na tych terenach dobrze pamięta się mroczne czasy, w których suwerenność kraju była zablokowana, a decyzje podejmowano za granicą.

Wraz z demokratycznym odrzuceniem przez polskie społeczeństwo polityki typu „więcej Europy” – Unia Europejska wpadła w szał i zaczęła zwalczać nowy polski rząd. Dwie znaczące (zresztą całkiem rozsądne) reformy: ustawa o mediach publicznych i reforma sądownictwa były punktem licznych dyskusji, które doprowadziły do ataków na Polskę w Parlamencie Europejskim. Te reformy to próby wprowadzenia demokracji i  wyparcia korupcji, która rozwinęła się w mediach i sądownictwie w postkomunistycznej transformacji ostatniego 25-lecia.

Transformacja ustrojowa była zaprojektowana i wprowadzana przez osoby, które obecnie czerpią materialne zyski z postkomunistycznego systemu. W ostatnich czasach zyski materialne czerpią również ci, którzy zgodzili się na oddanie polskiej suwerenności do Brukseli. „Nagrody” te przyznano w formie „środków rozwojowych”, które rozdzielane były w podejrzany sposób, często rozkradane, ze skomplikowanym systemem akceptowania i odrzucania wniosków. Środki transferowane były także przy pomocy dotacji na biura zagraniczne czy polityczne sztaby (z licznymi „ciepłymi posadami”), funkcjonujące w Brukseli i innych europejskich stolicach.

„Łupy z posiadania władzy” trafiały także do osób, które reprezentowały w Polsce interesy Berlina i kładły interes niemiecki ponad interesem polskim. Najlepszym przykładem (obok Tuska i Bieńkowskiej, przyp. RacimiR) jest Radek Sikorski, który był przymierzany jako murowany następca Catherine Ashton na stanowisku wysokiego przedstawiciela UE do spraw polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Sikorski dostałby tą posadę, gdyby w międzyczasie nie zostały ujawnione jego kompromitujące wypowiedzi, nagrane w najdroższych warszawskich restauracjach. „Afera taśmowa” została zbojkotowana przez wszystkie największe media w czasie rządów PO.

Sikorski w 2011 roku w Berlinie wygłosił „poddańczą” przemowę, w której stwierdził, że Niemcy są de facto liderem całej Unii Europejskiej. Nie było to godne stanowiska ministra spraw zagranicznych suwerennego kraju, lecz „kształcony” w Oxfordzie Sikorski nie przejmował się tym i stale promował teorię „dwóch biegunów” – najpierw Europa, a dopiero na drugim miejscu Polska.

W atmosferze oddania autonomii do Brukseli i Berlina przez poprzedni rząd – nowa ekipa PiSu wprowadziła wspomniane dwie reformy. Pierwsza z nich to nowa ustawa medialna, która została już podpisana przez prezydenta Dudę (byłego członka PiS, który pokonał Bronisława Komorowskiego w zeszłorocznych wyborach prezydenckich). Ustawa dała rządowi większą kontrolę nad mediami publicznymi. Zgodnie z ustawą – rząd ma prawo zatrudniać i zwalniać pracowników państwowej telewizji i radia. Uzasadniono to faktem, że media te finansowane są ze Skarbu Państwa, a nie ze środków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (coś jak amerykańska Federalna Komisja Łączności), której kompetencje przesunięto bezpośrednio do rządu.

Rada ta (KRRiTV) jest zdominowana przez kilku „przyspawanych do stołków” (dzięki wieloletnim, niejednokrotnie dożywotnim kontraktom) hiper-politycznych lewicowych działaczy z nadania SLD (partii, która jest spadkobiercą komunistycznej PZPR). W związku z tym KRRiTV była przeżarta korupcją, co skutkowało „wybiórczym” przyznawaniem koncesji i doborem kadr w mediach (także niepublicznych).

PiS – chcąc skruszyć medialny „beton” (który był wrogo nastawiony do jakichkolwiek zmian) – dosyć łatwo wprowadził reformę. Pomogło w tym społeczeństwo, które wspierało bardzo tę zmianę, będąc zdegustowanym ostatnimi 8 latami rządów PO (2 kadencje), w których publiczne media nie informowały o skandalach z udziałem PO. A gdy to robiły – było to bagatelizowanie i próba oczyszczenia winowajców z zarzutów.

Druga reforma to restrukturyzacja Trybunału Konstytucyjnego. Był to dla opozycji powód do straszenia „faszystowskim przewrotem”. Najgłośniejsi w krytyce reformy są ci, którzy zostali odsunięci od polityki i mediów. Chodzi głównie o doświadczonych szabrowników z Platformy Obywatelskiej, niereformowalnych i nie okazujących skruchy post-komunistycznych aparatczyków (z miażdżącą przewagą osób starszych) oraz nową partię zwaną „Nowoczesna”, składającą się głównie z byłych członków PO, definiującą się jako liberałowie ekonomiczni, ale mocno powiązaną z socjalistami Guya Verhofstadta.

Reforma Trybunału Konstytucyjnego była wymuszona przez niekonstytucyjne zdarzenie, wykonane przez Platformę Obywatelską przed październikowymi wyborami. Widząc spadające słupki w sondażach po wygranych w maju przez PiS wyborach prezydenckich – liderzy Platformy (wraz z ich mniejszym koalicjantem PSL – marksistowskimi rolnikami) powołali „na zapas” dwóch nowych sędziów Trybunału przed końcem kadencji ich poprzedników.

Celem tego manewru było zapobiegnięcie niezależności sądownictwa i blokowanie wszelkich reform rządu PiS. Trybunał miał automatycznie uznawać wszystkie nowe przepisy za niekonstytucyjne, co sparaliżowałoby władzę ustawodawczą w Polsce. Akcja Platformy była bliźniacza do manewru Barracka Obamy w USA, który powołał dwóch nowych sędziów Sądu Najwyższego, jednocześnie zmuszając dwóch konserwatywnych, dotychczasowych sędziów do przejścia na emeryturę przed wygaśnięciem ich kadencji (Obama zastosował dekret bez potwierdzenia przez senat).

Właśnie przez to zdarzenie zaczął się konstytucyjny kryzys w Polsce. Jednakże ani przez chwilę nie zająknęły się o tym politycy z Brukseli, ani zachodnie media. Sam Trybunał przez wiele lat był współwinny sytuacji, gdyż niejednokrotnie zachowywał się jak anty-trybunał. Przykładowo – we wrześniu 2015 roku Trybunał stwierdził, że krytyka funkcjonariuszy publicznych (nawet w prywatnych rozmowach) to akt mowy nienawiści, który powinien być karany więzieniem. Chroniąc klasę polityczną przed krytyką – Trybunał doskonale potwierdził swoje priorytety.

PiS po przejęciu władzy natychmiast zahamował proces zaprzysiężenia nielegalnie wybranych sędziów i wprowadził własnych trzech sędziów do Trybunału, aby zachować pozory równowagi w stosunku do partyzanckiego i skompromitowanego Trybunału, odziedziczonego po poprzednikach z Platformy. Zmieniono także procedury głosowania w Trybunale – ze „zwykłej” większości wprowadzono większość „dwóch trzecich” głosów. Również kolejność badanych spraw została zmieniona – wcześniej Trybunał orzekał w sprawach, które sam uznawał za priorytetowe, a teraz orzeczenia mają być wydawane w trybie chronologicznym. Skompromitowany Trybunał w przeszłości świadomie naruszał obowiązek przesłuchiwania osób, które mogłyby zaszkodzić ich środowisku. Takie zachowanie Trybunału musiało zostać zreformowane.

Tymczasem w Brukseli – Komisja Wenecka (organ doradczy Rady Europy) orzekła, że zarówno przedwyborcze działania PO, jak i ich powyborcze odwrócenie przez PiS były wpływaniem na niezawisłość sądownictwa. Komisja przedstawiła stonowany raport, w którym zasugerowała rozwiązanie kryzysu poprzez kompromis. Mimo, że wina za kryzys była po obu stronach – propagandyści z zachodnich mediów przedstawili raport Komisji bardzo jednostronnie. Główną uwagę skupiono na tym, że reforma PiS była przeprowadzona zbyt szybko i bez należytych konsultacji. Jest to z jednej strony prawda, ale z punktu widzenia rządu PiS – zmuszeni byli działać bardzo szybko, bo gdyby tylko zaprzysięgli nielegalnych sędziów wybranych przez PO – nowe ciało Trybunału byłoby już potem przez dłuższy czas „nie do ruszenia”.

Ważne jest również, że sam Trybunał został utworzony w czasie stanu wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego, a działalność orzeczniczą rozpoczął w 1986 roku (w czasach „zmiękczania” komunizmu). Jest to modelowy przykład na „urządzenie się” komunistycznych działaczy w transformującej się Polsce. W czasach powołania Trybunału było już wiadomo, że cały system komunistyczny powoli chyli się ku upadkowi, więc podjęto działania, zmierzające do przeniknięcia komunistów do ośrodków władzy, które wkrótce miały przejąć władzę w kraju. Trybunał po 1989 roku ochraniał komunistycznych aparatczyków, blisko powiązanych z radzieckimi sowietami.

Najlepszym przykładem na tą ochronę jest sprawa lustracji z czasów  pierwszego rządu PiS (2005-2007). Bracia Kaczyńscy (prezydent i premier) razem z Antonim Macierewiczem planowali ujawnić i upublicznić wszystkie „teczki”, listy, archiwa i inne dane komunistycznej bezpieki, aby społeczeństwo dowiedziało się, kto służył komunistycznemu reżimowi (ustawa była kopią tej z Rumunii). Wszystko jednak zostało zablokowane przez Trybunał Konstytucyjny, który całą sprawę uznał za niezgodną z konstytucją (swoją drogą – każdy rząd, który bierze się za lustrację – chwilę później jest w podejrzanych okolicznościach obalony – przyp. RacimiR).

Saga z Trybunałem trwa nadal, tak jak ataki zachodnich polityków i media na nowy polski rząd. Dla Polski najważniejsze jest, aby potwierdzić, że republikańskie ideały praworządności są optymalne. To właśnie nowy polski rząd został wybrany do roli przywrócenia porządku prawnego w kraju.

Gdy „niezależni obserwatorzy” są skorumpowani – ich zdanie nie powinno być brane pod uwagę, a cały system – zreformowany. Polacy domagają się tych reform (wyrazili to podczas wyborów prezydenckich i parlamentarnych) oraz wykorzenienia komunistycznego „betonu” z życia politycznego. Rząd PiS został obdarzony przez społeczeństwo moralnym i politycznym mandatem do wykonania tej misji. Można zauważyć, że rząd bardzo poważnie podchodzi do powierzonego im zadania, zdając sobie sprawę, że jest wiele środowisk, które będą próbowały pokrzyżować te plany.

Matthew Tyrmand dla Breitbart London, 28.03.2016,

tłumaczył: RacimiR, 31.03.2016


PS: Jak pisałem ostatnio na pejsie – ostatnio rząd PiS stracił w moich oczach. Otóż rozstrzygnięto konkurs na projekt „Patriotyzm Jutra”. Wśród laureatów znalazło się mnóstwo organizacji pozarządowych Sorosa (np. stowarzyszenia kierujące Krytyką Polityczną czy Hejt-Stopem), które dostały średnio po 40.000zł z naszych podatków. Mam nadzieję, że to tylko dlatego, że PiS jeszcze nie zdążył w te 4 miesiące oczyścić po poprzednikach struktur decyzyjnych średniego i niskiego szczebla. Mam nadzieję, że w kolejnej edycji patriotycznego konkursu pieniądze otrzymają organizacje patriotyczne, a nie anty-patriotyczne i antypolskie.

Jedna myśl nt. „Matthew Tyrmand z Breitbarta o Polsce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *